O co chodzi z tą Portugalią? Część Czwarta.

Powroty do domu są pełne tęsknoty za mijającymi właśnie wakacjami. Czasami snujemy plany na temat kolejnego wypoczynku, który kiedyś jeszcze raz można by spędzić w miejscu, z którego właśnie wracamy. Niezbyt często jednak pomysły takie udaje się zrealizować, ponieważ wakacje postanawiamy spędzać gdzieś indziej.

Kiedy w połowie czerwca 2015 roku opuszczaliśmy Lizbonę byliśmy w trochę innej sytuacji.
Nie sililiśmy się na zwyczajowe zachwyty i marudzenie na pracę, do której trzeba wracać. W zamian wypełniała nas radość przeplatana z najzwyklejszą niepewnością. Co najważniejsze - wiedzieliśmy już, że naprawdę powrócimy do Lizbony w bardzo niedługim czasie i że nie będzie to zwykła turystyczna wycieczka. Czuliśmy również, że w domu w Polsce czeka na nas największa w dotychczasowym życiu logistyczna łamigłówka.

Szczerze mówiąc, w trakcie lotu do Polski nie mieliśmy jeszcze pojęcia jak i od czego zacząć. Nie czuliśmy ani trochę ciężaru podjętej wstępnie decyzji. Zaczynaliśmy za to bardzo powoli mierzyć się z pytaniem „co teraz?”. Jak pewnie się już domyślacie, pytanie to stało się głównym punktem naszego powakacyjnego programu, a cała sytuacja spowodowała, że musieliśmy wskoczyć na wysokie  obroty dużo wcześniej, niż ma to z reguły miejsce. Nie było czasu na leniwe spotkania z przyjaciółmi, a gdy tylko wysiedliśmy z samolotu, rozpoczęła się poważna konfrontacja z każdym aspektem naszego dotychczasowego życia. Na naszą korzyść najbardziej działał czas, którego daliśmy sobie tak mało, że zupełnie nie było już miejsca na dogłębną analizę tego co się dzieje. Musieliśmy działać szybko, improwizować i polegać na najbardziej intuicyjnych rozwiązaniach.

Z perspektywy czasu wspominamy wszystko z uśmiechem na twarzy. Po powrocie do Polski wiedzieliśmy naprawdę niewiele na temat tego, co miało się wydarzyć. W Lizbonie czekało na nas mieszkanie, które planowaliśmy wynająć. Trzeba było niebawem podjąć decyzję i podpisać kontrakt. Na szczęście przed samym wylotem otrzymaliśmy numery NIF, dzięki którym nie trzeba było ponownie lecieć do Lizbony w celu stworzenia umowy i byliśmy w stanie działać na odległość (pisaliśmy o tym w poprzednim odcinku). W tym miejscy pokazały się bardzo wyraźne różnice kulturowe między Polską a Portugalią. Z portugalskiego punktu widzenia mieliśmy się decydować szybko i aby mieszkanie naprawdę na nas czekało, byliśmy zobowiązani wpłacić zaliczkę na poczet rezerwacji. My traktowaliśmy pośpiech poważnie, po polsku i bardzo się stresowaliśmy. Szybko jednak okazało się, że portugalska strona traktuje (z natury) ów pośpiech po portugalsku. Cała sprawa ciągnęła się w najlepsze, nikt na nic nie naciskał, nie pamiętał o zaliczce, a my finalnie nigdy nie musieliśmy jej płacić. Po kilku dniach od przylotu do Polski w naszej skrzynce e-mail pojawiła się pierwsza wersja kontraktu - sporządzona oczywiście w całości po portugalsku. W poprzedniej części tej opowieściwspominaliśmy Wam już pewnie - a teraz należy to dodatkowo podkreślić - że w tym okresie znaliśmy zaledwie kilka słów po portugalsku. Rzecz jasna nie wystarczyło to, by przebrnąć przez kilkustronicową umowę najmu lokalu sporządzoną w tym niezbyt łatwym języku.

Jeżeli przerażają Was historie o dokumentach tworzonych niejasnymi metodami, lepiej uważajcie, bo Wasze nerwy mogą zostać za chwilę wystawione na prawdziwą próbę wytrzymałości. Okazało się (pomimo wcześniejszych, wstępnych ustaleń), że nie potrzebujemy jako obcokrajowcy przysięgłego tłumaczenia umowy. Postanowiliśmy więc radzić sobie jak tylko najlepiej potrafimy, bez angażowania osób trzecich. Naszym osobistym doradcą w tej kwestii okazał się Google Translator, którego zatrudniliśmy do tłumaczenia (z portugalskiego na angielski) długich i zawiłych akapitów, pisanych żargonem agentów nieruchomości. Zlecenie przysięgłego tłumaczenia wydłużyłoby cały proces o wiele dni. Poza tym - przy tak dużej liczbie wersji kontraktu zapłacilibyśmy fortunę za kolejne poprawki tekstu. Wszystkie zmiany wynikały z tego, że pod przykrywką ochrony przed nami jako obcokrajowcami, pierwsze wersje kontraktu nie należały do najbardziej korzystnych finansowo. Chodziło głównie o wysokość kaucji - bezzwrotnej, przechodzącej na poczet miesięcznych opłat. Żeby nie wdawać się dłużej w nudne szczegóły, warto w tym miejscu dodać tylko, że przerzucaliśmy się w najlepsze z agencją w Lizbonie kolejnymi wersjami umowy, a czas uciekał nieubłaganie.

Postaramy się teraz naświetlić na czym polegały nasze pozostałe rozterki, bo jak się już pewnie domyśliliście, cała sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz bardziej zawiła. Znajdowaliśmy się chwilowo na pasie ziemi niczyjej, w tym kontekście, że tak naprawdę nie podjęliśmy wciąż ostatecznej decyzji o przeprowadzce do Portugalii, ale też wewnętrznie nie czuliśmy już, że mieszkamy w Polsce. Wszystko zależało od tego, czy podpiszemy kontrakt. Obiecaliśmy sobie, że dopóki nie wyślemy kurierem sfinalizowanej umowy do Portugalii, nie zdradzimy rodzinom ani znajomym co tak naprawdę knujemy. Postanowiliśmy tak to rozwiązać, żeby nie słuchać głosów sprzeciwiających się naszemu wyjazdowi, kiedy najbardziej potrzebowaliśmy niczym niezakłóconej pewności siebie i pełnej koncentracji na osiągnięciu zamierzonego celu. Celu, dokoła którego krążyliśmy w każdej sekundzie naszego życia i czekaliśmy z niecierpliwością na moment, który pozwoli nam ostatecznie przyznać się, że już niebawem będziemy mieszkać ponad 3000 kilometrów dalej.

W pierwszym tygodniu lipca ostatecznie wysłaliśmy papiery do Lizbony, wpłaciliśmy kaucję i nareszcie wszytko było jasne. Wiedzieliśmy, że czas ucieka i naprawdę należy się sprężyć, tak więc już wcześniej zaczęliśmy podejmować ruchy, które miały na celu zbliżenie nas do wyjazdu. Nasze krakowskie mieszkanie z dnia na dzień coraz bardziej przypominał pobojowisko. W trakcie czterech lat, które w nim spędziliśmy zdążyliśmy zgromadzić sporą ilość przedmiotów, sprzętów, mebli, a każdego dnia poświęcaliśmy coraz więcej czasu na ich wstępną selekcję i zastanowienie co tak naprawdę będzie nam potrzebne w nowej rzeczywistości, co należy sprzedać, zostawić, rozdać, wyrzucić… Ku naszemu przerażeniu rzeczy wcale nie ubywało. Sterty rosły a miejsca na podłodze było coraz mniej.

Możliwe, że nigdy nie zastanawialiście się nad tym zbytnio (w końcu najczęściej nie ma potrzeby, żeby to robić), ale jeżeli macie z jakiegoś powodu ochotę sprawdzić jakim wyzwaniem jest przeprowadzka, pościągajcie przedmioty z jednaj wybranej szafy (czy też kilku półek), spróbujcie położyć je wszystkie na podłodze w pokoju i zastanówcie się co tak naprawdę jest potrzebne, a co trzyma się z sentymentu, lub też nieumiejętności pozbywania się rzeczy. Następnie wyobraźcie sobie, że wszystko co pozostało ładujecie do pudeł, dokonujecie kolejnej selekcji i znowu pozbywacie się połowy. Po czasie cały proces okazuje się być bardzo oczyszczający, ale sama praca ze swoim dobytkiem potrafi być naprawdę męcząca (napiszemy o tym obszernie w kolejnym odcinku).

Podpisana umowa otworzyła przed nami ostatecznie drzwi do Portugalii, wymuszając kolejne ruchy prowadzące do wyjazdu z kraju. O ile w połowie czerwca przylecieliśmy do Polski i od razu musieliśmy wcisnąć gaz do dechy, to bez dwóch zdań na początku lipca należało zwiększyć prędkość kilkukrotnie, by zrealizować jeden cel - ostateczną przeprowadzkę do Lizbony. Rozbieraliśmy całe mieszkanie na najdrobniejsze kawałki. Telefon się urywał, a my liczyliśmy, kombinowaliśmy, wymyślaliśmy i zmienialiśmy kolejne koncepcje każdego dnia. W międzyczasie poinformowaliśmy rodziny i najbliższych znajomych, że już niedługo będą nas mogli odwiedzać w zupełnie innym kraju. W centrum wydarzeń, razem z nami znalazły się oczywiście nasze zagubione i przerażone koty, które nie tak dawno skończyły obrażać się na nas za dwutygodniowy wypad wakacyjny, a już przeczuwały, że pewien rozdział w ich kocim życiu właśnie się kończy i zaczyna zupełnie nowy w innym kraju (o ile kocia świadomość terytorialna jest w stanie to pojąć). Jak się zapewne domyślacie, nie były to wtedy najbardziej zadowolone futrzaki na świecie. Już następnym razem dowiecie się jak udało nam się przebiec finisz tego przeprowadzkowego maratonu na osiem łap i dwie pary nóg.

Kuba Łuka

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów