O co chodzi z tą Portugalią? | Część Druga.

Każdy, kto chociaż raz miał okazję wracać do Polski w samym środku jesieni z podróży do ciepłych lub cieplejszych krajów, ten wie, że ciężko jest wówczas myśleć o czymś innym niż o kolejnych wakacjach. Tak też było w naszym wypadku. Zaraz po przylocie z krótkiego, bo zaledwie tygodniowego wypoczynku nad portugalskim oceanem, zakończonym jednodniowym pobytem w Lizbonie (o czym pisaliśmy ostatnio), rzuciliśmy się w wir pracy i mieliśmy wielką nadzieję na odrobinę słońca, wiedząc przy okazji, że krakowska jesień nie skończy się tak szybko.

Kolejny wyjazd do Portugalii był tylko kwestią czasu. Zanim jednak zdecydowaliśmy się na następne wakacje, zaczęliśmy snuć pierwsze bardzo mgliste plany na temat tego co by było, gdyby nagle zechcieć wynieść się za granicę.

Paradoksalnie - im więcej rzeczy zaczęło się w Krakowie układać, tym bardziej czuliśmy, że nasze dni w tym mieście są policzone i że stoimy w obliczu poszukiwań nowego miejsca do życia. Warto w tym miejscu dodać, że w coraz mocniej, obok stanu powietrza doskwierał nam skutek uboczny nietypowego ukształtowania, które wpływa na komfort życia w Krakowie. Chmury unoszą się w tym mieście przez dużą część roku i wizja przeniesienia się w słoneczne miejsce, okazała się wyjątkowo kusząca. Co więcej - wiedzieliśmy już, że opcja taka znajduje się zaledwie cztery godziny drogi samolotem od Polski, na samym końcu Europy 

W okolicach lutego 2015 roku byliśmy już szczęśliwymi posiadaczami kolejnych biletów lotniczych. Tym razem postanowiliśmy polecieć na całe dwa tygodnie do Lizbony z założeniem, że zrobimy wszystko co można w pół miesiąca zrobić, żeby zobaczyć jak naprawdę (lub prawie naprawdę) wygląda Lizbona.

Wylot zaplanowaliśmy na koniec maja i przystąpiliśmy do rezerwacji noclegów w dzielnicy Baixa, co okazało się być naszym pierwszym prawdziwym spotkaniem z dość luźnym portugalskim stosunkiem do czasu. Płatność z naszej karty kredytowej nie przechodziła przez automatyczny system rezerwacji, a my - przepełnieni polskim strachem przed uciekającą okazją - zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, by ktoś nie podebrał nam zarezerwowanego pokoju. Po kilku dniach okazało się - podczas telefonicznej rozmowy z bankiem - że ponowne próby potwierdzenia naszej karty nigdy nie miały miejsca po stronie portugalskiej, a mimo to status naszej rezerwacji nie zmienił się. Nasze miejsca w hostelu nie przepadły i nie zamierzały przepaść. Nie mogliśmy przecież wtedy jeszcze wiedzieć, że w Portugalii sprawy zawieszone w powietrzu spokojnie wiszą sobie i nie znikają, dopóki nie strąci się ich z impetem na drodze wielokrotnej próby rozwiązania danego problemu.  Kiedy po kilku rozmowach telefonicznych udało nam się wreszcie zarezerwować hostel, a płatność przeszła przez system, mogliśmy spokojnie czekać aż nadejdzie koniec maja i pora upragnionego wylotu na kolejne wakacje w Portugalii.

W tym czasie też narodziła się nazwa Wzory Portugalii - a więc pierwowzór Sun Patterns - która czekała od tej pory na dogodny moment by pokazać światu portugalskie azulejos w plakatowym, papierowym wydaniu.

Na przełomie marca i kwietnia - gdy nasza podróż do Lizbony została już zaplanowana, a my siedzieliśmy spokojnie z biletami lotniczymi w skrzynce e-mail, dość niespodziewanie nasza rodzina powiększyła się o dwa adoptowane koty - Mambę i Hulka, które zadomowiły się bardzo szybko w naszym mieszkaniu w Krakowie i miały szansę okazać się niewielkim problemem w wypadku kiełkujących już wówczas planów przeprowadzki do innego kraju.

Czy jednak te niewiele ponad osiem kilogramów kota, rozłożone na osiem łap to aż tak wielka przeszkoda na odcinku trzech tysięcy kilometrów? Tego z pewnością dowiecie się przy najbliższej okazji!

Kuba Łuka

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów