O co chodzi z tą Portugalią? | Część Piąta.

Podczas przeprowadzek okazuje się, że osoba mówiąca „ja i mój dobytek” nie jest tak naprawdę realnie w stanie określić jakie rozmiary ów dobytek potrafi przyjąć. Jeżeli oglądaliście kiedyś film „Harry Potter i Insygnia Śmierci” i pamiętacie scenę, w której Harry, Hermiona i Ron wchodzą do skrytki bankowej Bellatrix Lestrange, cóż… może to posłużyć jako krótkie wprowadzenie do technicznych problemów naszej portugalskiej przeprowadzki, a konkretnie czasu, w którym usiłowaliśmy spakować rzeczy w krakowskim mieszkaniu. Nie potrafiliśmy przebrnąć przez podłogę zawaloną nieskończoną ilością przedmiotów wyciągniętych z szafek i półek, podobnie jak Harry Potter, który tonął w skarbach dotkniętych multiplikującym zaklęciem. Najzabawniejsze jest, że naprawdę zawsze wydawało nam się, że nie posiadamy zbyt wielu rzeczy. Nie przypuszczaliśmy więc, że przeniesienie dobytku do innego kraju będzie się wiązać z takim ogromem ciężkiej, fizycznej pracy.

O ile pierwsza część naszej przeprowadzkowej przygody składała się głównie z  różnych lęków, które wynikały przede wszystkim z niepewności, o tyle jej kontynuacja była absurdalnym wyścigiem z czasem, wypełnionym po brzegi serią niespodziewanych wydarzeń. Niespodziewanych, bo przecież postanowiliśmy w bardzo krótkim czasie zrealizować plan, który nie był ani trochę związany z naszymi wcześniejszymi życiowymi doświadczeniami. W tej sytuacji każdy podejmowany ruch był dosłownie testowaniem zupełnie nowej, tworzonej „na kolanie” metody, która z automatu wchodziła od razu w życie i nie było nawet chwili na ewentualne poprawki. Sprzątaliśmy, zwalnialiśmy się z pracy, segregowaliśmy, likwidowaliśmy mieszkanie, szukaliśmy kolejnych lokatorów, sprzedawaliśmy, wyrzucaliśmy, zawiadamialiśmy, kupowaliśmy bilety lotnicze, wybieraliśmy i załatwialiśmy transport, pakowaliśmy, zabezpieczaliśmy, wysyłaliśmy sprzedane przedmioty, umawialiśmy się z kupcami mebli, zasięgaliśmy rady i wreszcie - co okazało się najtrudniejsze - staraliśmy się ze wszystkich sił zorganizować bezpieczną podróż dla naszych kotów.

Możecie wierzyć lub nie, ale przeprowadzenie zwierzęcia za granicę to wcale nie taka łatwa sprawa. Napiszemy na ten temat osobny artykuł, dlatego też dzisiaj potraktujemy ten wątek bardzo skrótowo. Dość szybko postanowiliśmy, że polecimy do Portugalii samolotem, a nasz dobytek zostanie wysłany paczkami za pośrednictwem firmy kurierskiej. Uznaliśmy, że parę godzin lotu to stosunkowo niewielki stres dla kotów, w porównaniu z trzydniową podróżą samochodem. Nie pytaliśmy oczywiście kotów co o tym sądzą, bo i tak odpowiedziałyby, że najlepiej jest zostać w domu. Załatwianie kocich paszportów, czipów, transporterów, dokumentów i szczepień to naprawdę zawiły proces. Wstyd przyznać, ale minimalny 21-dniowy obowiązujący okres między szczepieniem na wściekliznę a podróżą samolotem został przez nas niemalże przegapiony. Na szczęście w odpowiedniej chwili zorientowaliśmy się, że właśnie nadszedł ostatni dzień na wykonanie szczepienia. Zawieźliśmy koty do weterynarza i jakoś udało nam się utrzymać porządek w kocich papierach.

W okresie poprzedzającym nasz wyjazd mieliśmy aż cztery domy, Pierwszy popadał właśnie w ruinę wraz z kolejnymi fazami demolki i wywracania wszystkiego do góry nogami. Drugi czekał już na nas w Lizbonie. Trzeci i czwarty to domy wirtualne -  Allegro i OLX, na których spędzaliśmy coraz więcej czasu, korespondując z potencjalnymi nabywcami przedmiotów, które postanowiliśmy zostawić w Polsce. Były wśród nich zimowe ciuchy, buty (w końcu w Portugalii, jak wtedy sądziliśmy, tego typu sprawy nie są mile widziane), meble, płyty, książki, urządzenia kuchenne i cała masa rzeczy które odpadły w konkursie na lizbońskie przedmioty obowiązkowe. Poważna selekcja była związana z naszą ostateczną decyzją o wysłaniu wszystkiego paczkami. Nie udało nam się z wielu względów załatwić w tamtym okresie zadowalającego cenowo i czasowo transportu ciężarówką lub furgonetką i w związku z tym nasza akcja pakunkowa wymagała pozbycia się większej ilości przedmiotów niż początkowo zakładaliśmy.

Cały lipiec 2015 roku upłynął nam na przygotowywaniu wysyłki, a nasz wylot został zaplanowany ostatecznie na 10 sierpnia. Nasze logistyczne pobojowisko w  mieszkaniu stawało się każdego dnia coraz bardziej okazałe. Najbardziej przełomowy był dzień, kiedy z OLXa pojawili się wszyscy chętni na nasze meble, a my zostaliśmy w zagraconym domu z kartonami i różnymi przedmiotami, które od tej pory jeszcze swobodniej zajmowały miejsce na podłodze. Jeżeli kiedyś podejmiecie trud przeprowadzki (a nie znacie jeszcze tego uczucia), musicie wiedzieć, że do ostatniej chwili w pomieszczeniach bezlitośnie królować będzie totalny chaos a Wy po sto razy dziennie zadacie sobie pytanie: „skąd mamy w domu tyle rzeczy i dlaczego wcale ich nie ubywa?”

Nasze ostatnie dni w Polsce mijały beztrosko na potykaniu się o wszystko, bo ostatecznie owo „wszystko”, które nie znalazło się jeszcze w paczce, leżało sobie w najlepsze na zakurzonej podłodze w pełnej gotowości do znalezienie się nagle pod czyjąś stopą. Najczęściej słyszanymi przez nas dźwiękami były jednostajne odgłosy odrywanej taśmy klejącej. Wiedzieliśmy doskonale, w którym sklepie i w jakich godzinach znajdziemy najlepsze kartony. Wyobraźcie sobie, że kiedy przyzwyczailiśmy się już prawie do całej sytuacji i odpowiednio uodporniliśmy na wszelkie niedogodności, pogoda w Krakowie zmieniła się i od tej pory zaczęło się prawdziwe lato, z blisko czterdziestostopniowymi, parnymi upałami. Na poddaszu w krakowskiej kamienicy była to prawdziwa i bezlitosna temperaturowa uczta, a każda spakowana paczka wiązała się z utratą 10 litrów wody w organiźmie.

Pomijając dziki slalom między stertami przedmiotów i bez względu na uprawiany każdego dnia daleko posunięty spontan, mieliśmy tak naprawdę wszystko pod kontrolą, a kolejne punkty programu udawało nam się realizować bez większych przeszkód. Poza pakowaniem mieliśmy bardzo dużo spraw do  załatwienia - ostatecznie należało pozamykać wszystko, co było do zamknięcia na polskiej ziemi i zbudować pomost do tworzenia wszystkiego od podstaw w Portugalii. Na finiszu nasz plan idealny wyglądał następująco: wylatujemy z Warszawy w poniedziałek rano. W piątek przyjeżdża kurier po nasze paczki, a my w sobotę wychodzimy ze znajomymi - już spakowani - na jakąś pożegnalną kolację. Jak się pewnie domyślacie, rzeczywistość pokazała oblicze odmienne od naszych oczekiwań. Kurier przyszedł w porę, a my jeszcze w jego obecności kończyliśmy pakować ostatnią z dwudziestu paczek, ponieważ część jej zawartości dojechała do nas dopiero parę minut wcześniej.

Kiedy pakunki wyszły z naszego domu, zaczęliśmy przeglądać rzeczy i okazało się, że wszystko co planowaliśmy zmieścić do dwóch dużych walizek, które miały iść pod pokład samolotu, to tak naprawdę kolejna góra przedmiotów
(takich, które nagle wypadły nie wiadomo skąd). W zaistniałej sytuacji cały weekend spędziliśmy na pakowaniu i segregowaniu, a potencjalna zawartość walizek zmieściła się do - uwaga - trzech wielkich paczek (każda z nich ważyła mniej więcej 30 kilogramów). Wisienką na torcie było dwuosobowe łóżko, które złożyliśmy, spakowaliśmy i przygotowaliśmy naszemu znajomemu do transportu tuż po przebudzeniu w dzień naszego wylotu. I tak właśnie spędziliśmy ostatni beztroski weekend w Polsce.

Z Krakowa wyjechaliśmy samochodem w okolicach północy, w nocy z 9 na 10 sierpnia. Nie przestaliśmy się pakować do ostatniej chwili.  W opuszczanym przez nas mieszkaniu znajdowała się już część dobytku kolejnych lokatorów. Nasilało to wrażenie chaosu i wiele rzeczy dosłownie zgubiliśmy w pośpiechu, pozostawiając je za sobą. Gdy wsiadaliśmy do auta z obrażonymi kotami w transporterach, temperatura (pomimo późnej pory) wciąż była bliska trzydziestu stopni. Nie ułatwiało to znoszenia bagażu z trzeciego piętra.
Drzwi do naszego krakowskiego mieszkania zamykaliśmy z nieznanym wcześniej uczuciem. Przeprowadzki najczęściej są związane ze zmianą domu, miasta, czasami województwa, Rzadko jednak tak mocno czuje się, że na tak wielu poziomach jednocześnie kończy się coś, do czego już się nie wróci. Takie właśnie emocje towarzyszyły nam, kiedy wrzucaliśmy klucz do skrzynki na listy i ostatni raz patrzyliśmy na miejsce, w którym spędziliśmy cztery lata życia. W tamtej chwili mieliśmy przy sobie tylko dwie walizki. Cały nasz dobytek znajdował się już gdzieś w transporcie między Polską a Portugalią. My natomiast nie posiadaliśmy kluczy do żadnego domu. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie czuliśmy się tak mocno zawieszeni w stanie „pomiędzy”.

Przez Polskę jechaliśmy wiedząc, że właśnie naprawdę zamyka się pewien rozdział w naszym życiu. Między 5 a 6 rano byliśmy już na lotnisku w Warszawie. Pomimo ponad dwóch godzin zapasu przed lotem, wszystkie sprawy związane z dodatkowymi opłatami za koty (i ogólnie ostatecznym zgłoszeniem ich na pokład samolotu) zajęły tak dużo czasu, że na styk udało nam się dotrzeć do bramek. Sama przeprawa przez lotnisko ze zwierzętami okazała się być dla kotów dość stresująca, ale finalnie bez większych problemów doleciały do Lizbony - na pokładzie, w transporterach pod naszymi fotelami. Nie obyło się oczywiście bez dodatkowych atrakcji. Jedna z naszych walizek okazała się na tyle przeładowana, że musieliśmy wyrzucić część rzeczy przed oddaniem bagażu.

Trudno powiedzieć ile godziny byliśmy na nogach, kiedy wylądowaliśmy wreszcie w Lizbonie. Po drodze mieliśmy międzylądowanie we Frankfurcie. Po odebraniu bagażu naprawdę nie mogliśmy się doczekać, kiedy wreszcie wyjdziemy z lotniska na ulicę i popatrzymy na ciepłą, słoneczną Lizbonę. Teraz, kiedy nie byliśmy już tylko turystami, miasto wydało nam się trochę inne niż podczas wakacji. Szczęśliwi i naprawdę bardzo zmęczeni wsiedliśmy do taksówki i zadzwoniliśmy do agentki nieruchomości, żeby umówić się na odbiór kluczy.

Ciąg dalszy oczywiście jak zawsze nastąpi.

Prezenty z Portugalii



Kuba Łuka

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów