O co chodzi z tą Portugalią? | Część Trzecia.

Blog Sun Patterns, O co chodzi z tą Portugalią, częśc trzecia, Panorama Lizbony. autor zdjęcia: Katarzyna Łuka

Czy wakacje są w stanie zmienić życie? Czy można wsiąść do samolotu i w drodze powrotnej czuć, że właśnie od teraz wszystko będzie wyglądać zupełnie inaczej? Raz na jakiś czas pojawiają się takie właśnie okazje. a my mieliśmy szansę doświadczyć takiej właśnie zmiany. Spontanicznie postanowiliśmy z niej skorzystać i zrobiliśmy to pewnie dlatego, że tak naprawdę nie daliśmy sobie zbyt wiele czasu do zastanowienia. Opowiemy o tym bardzo chętnie, ale zanim dojdziemy do pikantnych szczegółów warto cofnąć się do pierwszej połowy 2015 roku kiedy siedzieliśmy już na walizkach, czekając na upragnione wakacje.

Nasz wylot z Krakowa do Lizbony zaplanowaliśmy na 31 maja i nie mogliśmy się doczekać, kiedy wreszcie znajdziemy się na portugalskiej ziemi w pełnym słońcu. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze jak wygląda lizbońskie światło słoneczne w sezonie wakacyjnym. W okresie jesiennym, kiedy odwiedziliśmy Portugalię po raz pierwszy, mieliśmy okazję tylko przez chwilę zetknąć się z południowym ciepłem

W czasie, kiedy lecieliśmy na wakacje, bardzo wiele rzeczy poukładało się dla nas w Polsce na poziomie dość komfortowym, ale jednak postanowiliśmy udać się do Lizbony - poza wakacyjnym lenistwem - aby chociaż zobaczyć jak wygląda portugalski standard mieszkań (tych prawdziwych, nie hostelowych pokoi) i ewentualnie zorientować się ile może kosztować ich wynajem. Podsumowując - naszym celem był wypoczynek, który przy okazji mogliśmy - lecz nie musieliśmy - przypieczętować krótką wycieczką w niedostępne najczęściej dla turystów rejony wynajmu nieruchomości.

Blog Sun Patterns, O co chodzi z tą Portugalią, częśc trzecia, Ulica w Lizbonie, Panteon Narodowy. autor zdjęcia: Katarzyna Łuka

Do Lizbony przylecieliśmy wieczorem. Dzielnica Baixa (którą wybraliśmy na nasze miejsce pobytu) powitała nas charakterystycznym nocnym, oceanicznym chłodem. Nie musieliśmy czekać na klucze, na naszej drodze nie stanęły żadne opóźnienia, a pokój w hostelu był zgodny z tym, co widzieliśmy na zdjęciach, tak więc nasz wakacyjny pobyt w Portugalii zapowiadał się naprawdę dobrze. 

Warto w tym miejscu napisać parę słów o lizbońskich hostelach, bo taka informacja może Was zainteresować. Trudno stwierdzić dlaczego - może to kwestia starego budownictwa, może innych czynników - ale toaleta w pokoju jest rzadkością i jej obecność zdecydowanie zwiększa koszt noclegu. Zdarza się dość często, że w pokojach są prysznice, jednak toaleta znajduje się przeważnie na piętrze i jest podzielona między dwa, ewentualnie trzy pokoje. Wiadomo, że odpowiednio długi okres poszukiwań przed samym wyjazdem wiele zmienia, warto jednak pamiętać, że brak toalety w hostelowym pokoju nie jest oznaką jakiegoś bardzo niskiego standardu - to po prostu zupełnie normalna rzecz. Wypada też dodać - a z doświadczeń wielu znajomych wiadomo, iż nie jest to kwestia tylko Portugalii - że w zatłoczonych dzielnicach wypełnionych restauracjami, karaluchy wspinają się czasami po ścianach budynków, po rurach (czy też innych owadzich traktach komunikacyjnych) i przychodzą w nocy z wizytą (z tego co zauważyliśmy - ten gatunek nie jest wielkim fanem światła). Jeżeli przydarzy Wam się coś takiego i pójdziecie do recepcji, z pewnością w ciągu paru sekund zorientujecie się, że nikt nie traktuje tego w kategoriach klęski biologicznej. Obsługa zaproponuje Wam najwyżej zmianę pokoju (jeżeli taki będzie dostępny). Tak właśnie było w naszym wypadku. Zrezygnowaliśmy jednak z nowego pokoju. Zamiast tego przekonaliśmy obsługę, że karaluchy wychodzą najprawdopodobniej spod listwy podłogowej i ostatecznie szczelina została zaklejona sylikonem, dzięki czemu owady zniknęły z naszego pokoju. Należy dodać w tym miejscu, że nie biegały one stadami po naszej podłodze - mówimy tutaj o niewielkim incydencie, który może się przytrafić w niektórych hostelach, ale wiemy też, że w wielu miejscach noclegowych takie kłopoty nie mają nigdy miejsca.

Blog Sun Patterns, O co chodzi z tą Portugalią, częśc trzecia, Ulica w Lizbonie, Tramwaj 28, Sardynki. autor zdjęcia: Katarzyna Łuka

Wracając do wątku głównego - nasz wakacyjny pobyt w stolicy Portugalii okazał się być naprawdę intensywny. Od samego początku z pełnym zaangażowaniem przystąpiliśmy do dogłębnego zwiedzania Lizbony i okolic. Nie było mowy o leniuchowaniu i wakacyjnej sielance i naprawdę polecamy od razu pojechać nad ocean, lub na wieś, jeżeli liczycie na ciszę i spokój.

Centrum miasta jest zawsze bardzo głośne w dzień i w nocy, a na dodatek w trakcie naszego pobytu wszędzie dokoła trwały prace remontowe z zastosowaniem głośnych narzędzi. Nie byliśmy jeszcze wtedy gotowi na nocne (między północą a trzecią godziną) wizyty śmieciarki pod oknami i inne tego typu lizbońskie atrakcje. A jednak - bez względu na ciągłe niewyspanie (ostatecznie kto jedzie do Lizbony się wyspać?) - nasz wyjazd był wspaniały. Każdego dnia napotykaliśmy na swojej drodze całą masę nowych rzeczy, a wszechobecne słońce rozpuściło zupełnie nasze polskie niedobory światła.

Trudno jest teraz szczegółowo opisać co widzieliśmy i gdzie byliśmy w trakcie wakacji. Na pewno już wtedy odkryliśmy, że odległość oceanu od centrum miasta jest wyjątkowo krótka (kolejką można dojechać w jakieś 20 minut), a kolory powalają człowieka swym bogactwem na każdym kroku. No i oczywiście jedzenie - pierwszy raz w życiu jedliśmy prawdziwe morele, awokado, figi i inne dojrzałe od słońca przysmaki, a rybne i mięsne potrawy zaskakiwały nasze podniebienia każdego dnia. Poznaliśmy też wtedy po raz pierwszy rożne tradycyjne portugalskie dania, takie jak kaczka z ryżem (Arroz de pato), francesinha, bitoque, czy bacalhau. Zrobiliśmy oczywiście olbrzymią ilość zdjęć, a dużo wzorów, które złożyły się później na kolekcję plakatów Sun Patterns „Lisbon Gold”, pochodzi właśnie z tego okresu.

Blog Sun Patterns, O co chodzi z tą Portugalią, częśc trzecia, Panorama Lizbony. autor zdjęcia: Katarzyna Łuka

Po blisko dziesięciu dniach zakochaliśmy się w Lizbonie i byliśmy gotowi skorzystać wreszcie z adresu e-mail do pośrednika nieruchomości, który znajomi przekazali nam jeszcze przed wyjazdem. Kiedy otrzymaliśmy numer telefonu do jednego z biur zajmującego się wynajmem i sprzedażą mieszkań w Lizbonie, postanowiliśmy - na krótko przed samym wylotem, umówić się na spotkanie. Spotkanie, które miało wciąż na celu tak zwane „liźnięcie tematu” i sprawdzenie jak wyglądają prawdziwe portugalskie mieszkania od wewnątrz i co można rozumieć przez portugalski standard w lokalach mieszkalnych.

Agentka nieruchomości, z którą spotkaliśmy się na trzy dni przed wylotem miała na imię Lígia. Od razu napotkaliśmy na drobne kulturowe przeszkody. Przede wszystkim - nie znaliśmy jeszcze wówczas zbyt wielu zwrotów po portugalsku (szczerze mówiąc, poza obrigado, bom dia, boa tarde i innymi tego typu grzecznościowymi formułami, nie wiedzieliśmy o portugalskim nic). Lígia natomiast korzystała z angielskiego na poziomie wyższym niż podstawowy. W tej sytuacji posiłkowaliśmy się takimi wspaniałymi narzędziami jak Google Translator, który z portugalskiego na polski tłumaczy fatalnie, natomiast z portugalskiego na angielski radzi sobie bardzo dobrze. Ta dość wesoła i spontaniczna sytuacja doprowadziła do tego, że po blisko dwóch godzinach rozmowy i wielu przykładach lokali w internecie, nasza agentka wiedziała co mniej więcej nam się podoba i była gotowa zaproponować nam konkretne mieszkania do obejrzenia.

Zwlekaliśmy na tyle długo z pierwszym spotkaniem z Lígią (a po drodze zaskoczyło nas święto narodowe w Portugalii), że ostatni termin w jakim mogliśmy umówić się na obejrzenie mieszkań przypadał na dzień przed naszym wylotem. Umówiliśmy się z agentką jakoś po 14 po południu i pojechaliśmy zobaczyć dwa mieszkania. Do teraz nie wiemy za bardzo jak to się stało, ale jedno z nich spodobało nam się tak bardzo, że jeszcze tego samego dnia siedzieliśmy już z Lígią w jej biurze i obgadywaliśmy wstępnie tak niejasne jeszcze wówczas szczegóły jak cena i przede wszystkim - czas, w którym moglibyśmy przyjechać, żeby zamieszkać w Portugalii. Nasze życie przyspieszyło nagle o jakieś 300km/h. Okazało się, że aby podpisać w niedalekiej przyszłości jakiekolwiek dokumenty, musimy posiadać portugalski numer identyfikacji podatkowej NIF, który w ciągu godziny (wraz z podróżą metrem) wyrobiliśmy jeszcze przed 19:30 tego samego dnia w urzędzie Loja do Cidadão. Po wszystkim wysłaliśmy sms’a do Lígii, wróciliśmy do hostelu, spakowaliśmy rzeczy i o godzinie 6 rano czekaliśmy na samolot do Polski oszołomieni faktem, że jeszcze dzień wcześniej traktowaliśmy temat przeprowadzki do innego kraju jako bardzo odległą hipotezę, natomiast teraz wracamy do domu z bardzo daleko posuniętą wizją opuszczenia całego naszego dotychczasowego życia i rozpoczęcia go na nowo 3000 kilometrów dalej, na samym końcu Europy. Jak nam się to udało? Dowiecie się następnym razem.

Kuba Łuka

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów